Czytam dziennik Tyrmanda. Jak każdy dziennik, nie jest łatwą lekturą. Ale najbardziej łapię się na tym, że powinien robić na mnie większe wrażenie inny fragment, niż robi.
Zamiast:
„Teraz Halszka chce aby facetowi na niej zaczęło zależeć. Boję się, że z tym będzie trudniej. Nawet najbardziej wyrafinowane majtki i najmądrzejsza determinacja nie zastąpi nikomu, a zwłaszcza żeglarzowi z Białostocczyzny, jędrności, krągłości, soczystości. A tylko za tym się biega. Wszystko inne się ceni.”
powinnam zachwycać się:
„Jechałem dziś tramwajem przez Żelazną, Leszno do Trasy W-Z. Widać tam jeszcze kawał starej Warszawy sprzed kataklizmu. Brzydkie czynszówki z przełomu wieku, przedmiot bezbrzeżnej pogardy przedwojennych estetów i społeczników marzacych o szklanych domach, nabierają dziś jakiejs urzekającej patyny, omaszczonej upływem lat, sentymentem, nieszczęściem. Kształtują poczucie niedawnej tandety, która się już nostalgicznie uszlachetniła.”
L.Tyrmand, Dziennik 1954, Kraków 2015, s. 27 i 28.









